Rock In Wroclaw: Podwójna dawka wrażeń!

Posted: 8 lipca 2012 in Relacje
Tagi: , , , , , , ,

Ciężko pisać o występach takich, jak wczorajszy występ brytyjskiej grupy Queen, wspieranej wokalnie przez Adama Lamberta, laureata ósmej edycji znanego talent show – American Idol. Już spieszę z tłumaczeniami, dlaczego ciężko. Otóż, przed pierwszymi przeciekami ze wspólnego koncertu, w Kijowie niewiele było wiadomo o tej współpracy. Jako że wręcz z wrodzonym malkontenctwem podchodzę do wszystkich gwiazd, gwiazdek i innych ciał niebieskich lansowanych na srebrym ekranie, tym razem nie mogło być inaczej. Jednak coś mnie tknęło, aby zobaczyć wspólny występ dżentelmenów, który odbył się w stolicy Ukrainy. Już wtedy było mi się głupio przyznać, że to połączenie ma swoją rację bytu. Mało tego, Adam zadziałał jak trasfuzja dobrej, pozytywnej energii do organizmu, nie tak młodej już przecież królowej. Koncert angielskiej grupy nie był jednak jedyną atrakcją przygotowaną tego dnia dla widowni.

Oprócz Queen na scenie stadnionu pojawili się również reprezentanci polskiej sceny muzycznej – łódzkie Power of Trinity oraz radomska Ira (obchodząca w tym roku swoje 25-lecie). Pierwsi z nich zaprezentowali część materiału ze swojego debiutu „Loccomotiv”, niestety nie porywając publiczności na opustoszałym jeszcze obiekcie. Tego samego nie można powiedzieć o kolejnym zespole. Muzycy grupy IRA, bo to o nich mowa, wyszli pewni swego, grając set złożony z hitów w większości wyśpiewywanych na kilka tysięcy gardeł. Po zespole dowodzonym przez Artura Gadowskiego przyszedł czas na gościa specjalnego, amerykańską grupę MONA, której koncert swoimi dźwiękami mógł zadowolić sympatyków indie rocka. Jednak dało się odczuć, że to nie na nich czekają zgromadzeni fani.

Członkowie Queen weszli na scenę kwadrans po dwudziestej pierwszej i od razu kupili publiczność. Show nad jakim czuwali nie tylko polscy, ale i brytyjcy specjaliści, było dopracowane do najmniejszego elementu – światła, pokazy zdjęć czy w końcu archiwalne fragmenty koncertów, gdzie śpiewał dla nas sam Freddie Mercury – świadczyły o randze tego wydarzenia na mapie polskich festiwali muzycznych. Jednak i bez tego zespół dałby niezapomniany koncert. Nieśmiertelne kompozycje, przy których nawet najwięksi sztywniacy uginali kark, tupali nogą i wyklaskiwali rytm. Adam Lambert, a raczej głos tego człowieka, zrobił na mnie piorunujące wrażenie, a jego interpretacja „Who Wants to Live Forever” to dosłowny wyciskacz łez. Jednak oddał królowi (a raczej królowej) to, co królewskie, dlatego też mogliśmy na koncercie usłyszeć głos Briana, Rogera czy nieodżałowanego Freddiego. Może i rzeczywiście to kolejna inkarnacja Queen, tym razem z innym wokalistą, zrobiona, aby wypełnić kieszenie czuwających nad tym tour managerów i samych muzyków, ale póki wygląda to autentycznie, nie wypada mi się do tego przyczepić.

Damian Śnieżek

Umówmy się: nie jestem fanką Queen. Jasne, znam ich największe przeboje, które często podśpiewuję pod nosem. Pamiętam jak „za młodu” siadywaliśmy w kręgu i klaskaliśmy, a znajomy śpiewał „We will rock you”, i była to świetna zabawa. Względnie orientuję się  w ich twórczości, ale fanką nazwać mnie nie można. Jednak skoro już grają w Polsce – i to we Wrocławiu – to dlaczego nie pójść na ich koncert, nawet jeśli mają wystąpić z Adamem Lambertem, który nie potrafił wzbudzić mojej sympatii?

No właśnie, Adam Lambert. Człowiek, do którego byłam uprzedzona od samego początku (a to wszystko przez jego plakat wiszący nad łóżkiem współlokatorki… :) ), zanim w ogóle pojawiły się głosy, że mógłby wystąpić z legendą rocka na jednej scenie. Przyznaję się bez bicia – mocno się skrzywiłam na myśl, że to właśnie on ma zastąpić na koncertach Freddiego Mercury’ego. Ale cóż miałam zrobić, skoro to jedyna szansa zobaczenia Queen na żywo? Przecież nie będę wybrzydzać z powodu jednej osoby, prawda? Dlatego też spokojnie i bez nerwów odliczałam dni od imprezy, przeglądając nagrania z Kijowa. Już wtedy przeszło mi przez myśl, że może jednak się myliłam, bo ten laureat amerykańskiego „Idola” jednak daje radę. Śpiewać umie, potrafi się odnaleźć na scenie…  Ale dopiero wczoraj na Stadionie Miejskim we Wrocławiu dotarło do mnie, jak wielki błąd popełniłam, skreślając Adama Lamberta. W zasadzie cały koncert mogę podsumować bardzo krótko: COŚ NIESAMOWITEGO.

Choć bardzo się starałam, nie znalazłam niczego, do czego mogłabym się przyczepić. Co prawda konferansjer prezentował żenujący brak poziomu, ale dość szybko zdążyłam o nim zapomnieć, za co w dużej mierze mogę podziękować Rogerowi Taylorowi i Brianowi Mayowi oraz towarzyszącym im muzykom. Wrażenie potęgowała idealnie dobrana gra świateł, a jednym z milszych akcentów były próby Maya mówienia po polsku, które nie ograniczyły się do „Dzień dobry, Wrocław!”. Zgodnie z jego życzeniem, wyrażonym w naszym języku, publiczność zaśpiewała razem z nim utwór „Love of my life”, w czasie którego na telebimach pojawił się Freddie. Wspomnienia legendarnego już wokalisty nie przyćmiły jednak całej imprezy, były wyważone i dzięki temu udało się nie popaść w przesadę. Odniosłam wrażenie, jakby May i Taylor chcieli powiedzieć, że ciągle pamiętają o Mercury’m, ale przecież „Show must go on” i grają dalej. Swoją drogą, ten właśnie utwór wydawał mi się największym sprawdzianem dla Adama Lamberta. Według mnie zdał i to z wyróżnieniem. Pomijając oczywiście umiejętności wokalne, bardzo podobały mi się jego zachowanie sceniczne. Kilkakrotnie się przebierał w ciekawe stroje (czerwona kurtka była po prostu świetna), ale szczyt mojej sympatii zyskał w momencie, w którym zorientowałam się, że występuje na boso. A sposobu poruszania się mogłaby mu pozazdrościć niejedna kobieta. Naprawdę, patrzyło się na niego bardzo przyjemnie (i wcale tutaj nie przeszkadzał fakt, że Lambert jest gejem :) ).

Podsumowując, napiszę, że stadion opuściłam w stanie euforii. Mogę nawet posunąć się do stwierdzenia, że był to jeden z lepszych koncertów, które widziałam. Posunę się jeszcze dalej. Napiszę, że Freddie mógłby być dumny z wrocławskiego koncertu Queen. Z pewnością by był.

Natalia Kościńska

Ponieważ management Queen ograniczył akredytacje dla fotografów na ich koncercie, powyższe zdjęcia autorstwa Mieczysława Mielocha zawdzięczamy uprzejmości organizatorów.

Reklamy
Komentarze
  1. Anonim pisze:

    ,, (….)niewiele było wiadome o tej kolaboracji” Jak już zabierasz się zapisanie jakiegoś tekstu to używaj terminów, których znasz znaczenie i poprawnie posługuj się językiem polskim. Polecam zapoznanie się ze znaczeniem słowa kolaboracja. Naucz się także, że pisze się niewiele było wiadomo, a nie niewiele było wiadome.

  2. Damian pisze:

    „łac. collaboratio ‘współpraca’ od: collaborare ‘współpracować’ i collaborans ‘współpracujący’”. W chwili obecnej w muzyce termin ten wyzbyty jest negatywnych powiązań, największe muzyczne portale jak np. T-Mobile Music (mówię oczywiście o polskiej odnodze) używają tego terminu. Co do drugiego błędu to oczywiście moje przeoczenie. Pozdrawiam, Damian
    Edycja: Ostatecznie słowo „kolaboracja” zamieniłem na bardziej pokojowe – współpraca. Mam nadzieję, że wszyscy będą zadowoleni z takiego rozwoju sytuacji ;)

    • M pisze:

      Fakt, że inni używają tego słowa nie uzasadnia jego poprawności.To co mi przytoczyłeś pokazuje jedynie od czego te sformułowanie się wywodzi, a nie co oznacza. Pozwolisz, że przytoczę sformułowanie ze słownika PWN na temat kolaboracji : ,,współpraca z niepopieraną przez większość społeczeństwa władzą, zwłaszcza z władzami okupacyjnymi”. Jednoznacznie z tej definicji wynika, jak należy interpretować ten termin. O innych zastosowaniach tego słowa słownik nic nie mówi. Skoro współpracę Lamberta z Queen nazywasz kolaboracją, to można również wywnioskować, że jest on kolaborantem tego zespołu, a to już byłby kompletny absurd.
      Pomijając tą kwestię stwierdzam, że Twoje odczucia na temat wrocławskiego występu królowej w pełni się pokrywają z moja opinią.

      Pozdrawiam, Mateusz

  3. Bardzo żałuję, że nie zdołałam wybrać się na koncert zespołu, który ostatnimi czasy wzbudził moje żywe zainteresowanie… A teraz błąkam się po tych niezbyt głębokich odmętach polskiego internetu w poszukiwaniu recenzji. I tak trafiłam tutaj. I co raz mocniej żałuję, że mnie tam nie było. Ale i tak dziękuję za recenzję. :)

  4. Queen + Adam Lambert to suma wrażeń jakich na pewno nie zapomnę na długo…
    Troszkę koncertów za mną, a mimo to nie potrafię opisać tego co tam zastałem.
    Podziw, szacunek, zachwyt… ale nigdy nie miałem „gęsiej skórki” z wrażenia. Doznania mega!
    Fajnie, że są ludzie którzy chcą „pisać” o takich koncertach. Nie przypadkowo w cudzysłów zaznaczyłem słowo „pisać”. Chodzi o to, że jedni po prostu zamieszczają publikacje, w stylu „żeby było coś o tym”, a w Waszym przypadku widać, że to lubicie :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s