Męskie Granie to impreza, w której zakochałam się od pierwszego spojrzenia na plakat w 2010 roku. Koncert w Żywcu tylko umocnił te uczucia i tak trasa wpisała się do mojego koncertowego kalendarza z dopiskiem „nie można opuścić”. Wizja Wojciecha Waglewskiego bardzo mi odpowiadała, dlatego też z lekką nieufnością podeszłam do informacji, że to nie on będzie dyrektorem artystycznym tegorocznej edycji. Mój niepokój wzbudził również fakt, zastąpiła go Katarzyna Nosowska. Jej dorobek artystyczny jest naprawdę imponujący, jednak Męskie Granie stało się w tym momencie bardziej „kobiece”, co potwierdzało się, gdy ogłaszano kolejnych artystów. W poprzednich dwóch edycjach występowali sami mężczyźni (wyjątek stanowiła Bożena Janerka, grająca w zespole męża), a tu nagle pojawiło się sporo kobiet! To wszystko sprawiało, że byłam bardzo ciekawa wrocławskiej edycji Męskiego Grania.

Na wstępie zaznaczę, że nie będę tu opisywać wszystkich koncertów – będziecie mogli usłyszeć o nich podczas audycji w czwartek o godzinie 18:00. Chciałabym podzielić się tylko paroma przemyśleniami. Pierwszym z nich był niesamowicie pozytywny występ zespołu Paula i Karol. Choć wcześniej nie znałam ich twórczości (kojarzyłam tylko nazwę), przez pół godziny, kiedy zajmowali scenę, nie mogłam przestać się uśmiechać. Tak samo jak muzycy – uśmiechy ani na chwilę nie schodziły z ich twarzy. A to z kolei czuło się w dźwiękach, które tworzyli. Paula, Karol i towarzyszący im muzycy zostali pożegnani głośnymi oklaskami, na które moim zdaniem naprawdę zasłużyli. Następna porcja ogromnej i pozytywnej energii uderzyła mnie podczas występu Pogodna. Znane wszystkim „Hallelujah” Leonarda Cohena w wykonaniu tej jakże niesamowitej czwórki zyskało całkowicie nowe brzmienie, wobec którego nie można było przejść obojętnie. Widownia zgodnie z zaleceniami Budynia z dziecięcym zdenerwowaniem wykrzykiwała refren, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu.

Najbardziej czekałam na koncert Raz Dwa Trzy, który tym razem miał pojawić się z duetem Spitfire, a dzięki temu nadać swojej twórczości trochę innego charakteru. Adam Nowak i jego koledzy zagrali pięć bardzo wzruszających utworów. Na początek usłyszałam moją chyba ulubioną piosenkę „Zgodnie z planem”. Może wstyd się przyznawać, ale naprawdę miałam w oczach łzy wzruszenia i to nie zmieniło się podczas trwania kolejnych kompozycji, które faktycznie były nieco inaczej zaaranżowane. Do tradycyjnego brzmienia zespołu Spitfire dodało szczyptę elektroniki, która odświeżyła utwory Raz Dwa Trzy, ale nie zmieniła ich charakteru. Jedyną wadą tego koncertu była jego długość, ponieważ jak co roku i tym razem każdy wykonawca miał dla siebie jedynie pół godziny. Muszę jednak zaznaczyć, że nawet gdyby przedłużyć ten czas do dwóch godzin, dla mnie i tak byłoby mało. Ot, po prostu Raz Dwa Trzy potrafi mnie całkowicie zaczarować tak, że przestaje się liczyć wszystko wokół.  Przy okazji zapowiem, że już niedługo na blogu pojawi się krótki wywiad, którego udzielił mi Adam Nowak.

Szkoda, że w podobny sposób nie mogę wypowiedzieć się o koncercie Hey. Być może dlatego, że Katarzyna Nosowska śpiewała utwory z ostatniej płyty, która niezbyt przypadła mi do gustu. Największym plusem tego występu był gościnny udział Lecha Janerki, który wspólnie z panią dyrektor przedsięwzięcia wykonał piosenkę „Klus Mitroh”, co publiczność przyjęła bardzo entuzjastycznie. I w zasadzie tutaj mogę zakończyć wymienianie fragmentów, które zrobiły na mnie dobre wrażenie. Chyba, że pod koncert Hey podepniemy także finałowe wykonanie tegorocznego singla, czyli utworu „Ognia!”. Marka Dyjaka we Wrocławiu zastąpił Budyń i chyba właśnie dlatego można było poczuć tytułowy ogień, którego tak bardzo brakowało mi w tej piosence. Finał porwał publiczność, która śpiewała razem z artystami i pożegnała ich ogromnym aplauzem.

Podsumowując, Męskie Granie nadal jest świetną imprezą, która pokazuje, że różne gatunki muzyki mogą istnieć obok siebie i nawet w pewien sposób łączyć się ze sobą. Jednak wydaje mi się, że w tym roku za mało było interakcji między wykonawcami (może w innych miastach było inaczej?) i choć na scenie panowała różnorodność, a większość występów wypadała naprawdę świetnie, to czegoś mi zabrakło. Czegoś, co było rok i dwa lata temu. Może tej wizji Wojciecha Waglewskiego? Mimo wszystko uważam, że Kasia Nosowska poradziła sobie roli dyrektorki artystycznej i udało jej się utrzymać wysoki poziom. Zaczynamy zatem odliczanie do przyszłorocznej edycji Męskiego Grania, bo nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej zabraknąć.

Natalia Kościńska

Zdjęcia zawdzięczamy uprzejmości organizatorów (agencja LIVE).

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s