Męskie Granie: temat rzeka, dla jednych niesamowicie pomysłowy projekt objazdowego festiwalu, łączącego style muzyczne i pokolenia, dla innych zaś jarmarczny festynik mający na celu wypromowanie wszystkim znanej marki piwa na literę „Ż”. Po niewątpliwym (komercyjnie) sukcesie dwóch pierwszych edycji, w których większość koncertów się wyprzedała, przyszedł czas na tegoroczne koncerty.

A co w nich ciekawego? Zmiany. Tak, zdecydowanie dużo zmian. Pierwszą hucznie zapowiadaną wymianą była ta na stanowisku dyrektora artystycznego przedsięwzięcia. Facebookowa akcja, w której odsłaniano coraz większy fragment twarzy, zebrała pod zdjęciami całkiem pokaźną ilość komentarzy. Faktem dokonanym jednak jest, że nową „dyrą” (jak to sama ma w zwyczaju określać się ta osoba) została Katarzyna Nosowska. Wraz z jej skromną osobą w „męskie” progi zawitała całkiem spora ilość występujących przedstawicielek płci piękniejszej. I to właśnie takim – damskim akcentem rozpoczął się wrocławski koncert. Zespół Drekoty (bo to o nich mowa) złożony z trzech pań punktualnie rozpoczął sobotni event. I tyle komentarza z mojej strony byłoby zupełnie wystarczające, ponieważ oprócz tego, że keyboardzistka wyszła na scenę o kulach, z koncertu nic nie zapamiętałem.

Kolejnym zespołem był damsko-męski duet Paula i Karol, który – jak łatwo się domyślić – występuje w piątkę. Państwo młodzi i weseli zarażają swoim optymizmem polanym w indie-folkowym sosie nawet tych, którzy zastrzyki ze złym humorem dostają każdego dnia. Niektórzy w przypływie dobrego nastroju tańczyli podczas ich występu cha-chę, rumbę, salsę i inne bezalkoholowe trunki, naprawdę miło patrzyło się na taki obrazek. W końcu przyszedł czas na pierwszy, mający na swoim pokładzie tylko panów zespół – Tides from Nebula. I widać, że załoga ta złożona nie z majtków, ale doświadczonych marynarzy, nie jeden raz dryfujących po oceanach. Kamraci wymachiwali swoimi wiosłami z takim zaangażowaniem, że aż jeden z nich – wilk morski Adam wypuścił z rąk swoją gitarę, nie bacząc na nadpływające okręty wroga.  Jednak skłamałbym mówiąc, że zespół wyszedł z tej walki na tarczy. Można byłoby rzec, że było to epickie zwycięstwo.

Ciekawym zjawiskiem atmosferycznym był fakt, że zaraz po sztormie na wzburzonym morzu na scenie zrobiło się bardzo Pogodno. Mając w pamięci znakomity koncert na dachu RedBullowego busa w Jarocinie przed dwoma laty, byłem lekko niespokojny o formę szczecinian – w końcu czas nie stoi dla nikogo w miejscu. Kwartet pod wodzą mistrza ceremonii Budynia pokazał mi, jak bardzo mogłem się mylić. Jednak błędnym będzie stwierdzenie, że był to występ pozbawiony wad: miał jedną głęboką na kilka centymetrów rysę, którą była długość występu. Kolejny zespół – UL/KR sprawił, że jeszcze bardziej zatęskniłem za Pogodnem. Ich wizja muzyki była dla mnie zbyt monotonna, szczególnie po naprawdę żywiołowym koncercie poprzedników i nawet występy gości (pierwszy raz podczas koncertu na scenie pojawiła się Kasia Nosowska) nie uratowały go w moich oczach.

Pod zagadkowo brzmiącą nazwą Natu Kozmic Blues krył się projekt Natalii Przybysz (znanej głownie z zespołu Sistars) będący hołdem dla Janis Joplin. I to jakim hołdem! Zrobionym z przytupem i naprawdę solidnie wykonanym. Natalia koncert przedłużyła o prawie dziesięć minut, narażając się na zdenerwowanie ochrony i niezliczone aplauzy publiczności. Pokazała tym występem, że ma naprawdę kawał dobrego głosu i świetny gust (kreacje muzyków), no i co by nie mówić, wyglądała znacznie lepiej, niż jej mentorka ;). Po tak ognistym koncercie źle się oglądało i słuchało koncertu Raz Dwa Trzy i Spitfire. Raz, że panowie swoje lata na karku mają. Dwa, że wizualnie prezentowali się gorzej niż ich poprzedniczka. Trzy, że dobór utworów bardzo mocno determinował odbiór koncertu. Rozumiem, że zespół chciał zagrać mniej schematycznie i zaskakująco, jednak wykonanie setu złożonego z kołysanek było niezbyt trafionym pomysłem, ponieważ zespół występował między dwiema petardami. Skoro o pirotechnice i innych (ostrych ;)) rzeczach mowa, projekt Tabasko rozbujał wszystkich dookoła. Nie tylko publiczność, ale też ochroniarzy. Sam byłem świadkiem widoku pana stojącego pod scena pilnując porządku i jednocześnie śpiewając słowa piosenek. Wielki „szacun”, Panowie!

Występ zespołu Hey utwierdził mnie w przekonaniu, że od Pogodna zespoły zostały układane sinusoidalnie. I tak, po świetnym występie ekipy Ostrego widzieliśmy koncert monotonny, złożony z utworów z ostatniej płyty zespołu, zatytułowanej „Miłość. Uwaga. Ratunku. Pomocy”. Tak jak sam krążek, koncert nie wzbudził we mnie emocji – to całkiem inny zespół, niż ten który widziałem kilka lat temu na Żorskiej Wiośnie Młodości, a szkoda, bo potencjał koncertowy stare hity mają przeogromny. Mimo to wielkie brawa należą się za odwagę w wyborze mniej oczywistych piosenek. Podczas koncertu Hey na scenie pojawił się „sprawca” jednego z najlepszych koncertów w zeszłorocznej edycji – Lech Janerka, który zagrał jeden utwór jako gość zespołu Hey, z kolei w drugim wiązka światła towarzyszyła tylko Lechowi. Jak wypadło? O tym dowiecie się słuchając audycji już w czwartek o 18:00!

Damian Śnieżek

Zdjęcia zawdzięczamy uprzejmości organizatorów (agencja LIVE).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s